W domu remont, w stajni burdel (chyba nie mniejszy niż w moim pokoju), konie padokowane a ja wiecznie w pracy. Żyć nie umierać... Krew mnie zalewa na samą myśl, że rzeczy ważne wygrywają z tymi najważniejszymi. Nadal nie wiem jakim cudem.
Do tego nęka mnie chłód, jeszcze trochę i zamarznę w tej bezsensownej robocie ;/ ale cóż... lepiej mieć byle jaką niż nie mieć żadnej- tak sobie to wysztko tłumaczę, bo to chyba najlepsze wyjście.
Jeszcze nie tak dawno tyle wypadów na moto, konie w letniej sierści a dziś? Moto w garażu a konie w puchowych kożuchach... Lada dzień i świat pewnie utonie w śniegu i będzie wyglądał coś na ten wzór: